czwartek, 8 czerwca 2017

#082. niespełna trzy i pół roku

tak w sumie to jestem ciekawa czy kiedykolwiek uda mi się dobić setnego posta na tym blogu, no i w ogóle czy będzie to jeszcze przed trzydziestką. o ile dożyję.
maj był intensywny, niesamowicie. nie mowa tu o takiej intensywności jaką lubię, czyli mienie gdzie wpakować ręce, żeby zabić myśli i wolny czas. był to okres maturalny. do wszystkich egzaminów przystąpiłam z identycznymi prawami jak każdy normalny uczeń. nie starałam się o wydłużony czas, nie pisałam ich w domu i nie miałam zezwoleń na wniesienie inhalatora. stwierdziłam, że jeśli choroba mi przeszkodzi w napisaniu ich w sposób poprawny, to chyba nie było mi dane tego zrobić. po czasie dochodzę do wniosku, że zrobiłam dobrze. dało mi to poczucie pewnej satysfakcji i bezpieczeństwa, czuję, że mogę żyć tak, jak żyją moi rówieśnicy. miejmy jeszcze tylko nadzieję w tym wszystkim, że zdałam każdy jeden egzamin, a z rozszerzeń będę zadowolona... w stopniu umiarkowanym na przykład :D ale na to muszę poczekać do końca czerwca, dopiero wtedy przekonam się jakie są wyniki i z pewnością opublikuję to na blogu, aby móc do nich wrócić za parę lat.
jak już mówiłam, a raczej, pisałam, maj był intensywny. działo się naprawdę dużo. co jest najważniejsze - rozstałam się z B. byliśmy razem trzy lata i trzy miesiące. była to decyzja do której przygotowywałam się tak naprawdę od tygodni. w naszym związku wypaliła się ta iskra, która dawała całości napęd. przestałam czuć się szczęśliwa, kochana, najważniejsza. coś się po prostu zepsuło. nie zdawałam sobie nigdy sprawy, że mogę znaleźć się w tak trudnej sytuacji. nie spodziewałam się wewnętrznego bólu i ran, jakie zadałam sobie i jemu podczas naszej ostatniej rozmowy jako pary. najciężej będzie mi sobie poradzić z faktem, że mimo wszystko go zraniłam. ale zrobiłam to w dużej mierze dla siebie, żeby przestać tłamsić się negatywnymi emocjami związanymi ze związkiem... czekałam do ostatnich egzaminów maturalnych, chociaż zjadało mnie to od środka od ich [egzaminów] początku. to, czyli problem w jakim się znalazłam i cała ta relacja, która zdecydowanie nie wyglądała jak relacja dwojga kochających się osób. wiem, że to czytasz. doskonale zdaję sobie z tego sprawę. jeśli nie w czerwcu, kiedy to publikuję, to na pewno prędzej czy później i tak to zrobisz. a nawet jeśli nie, to trudno. mam nadzieję, że mimo całej sytuacji jaka zaszła wybaczysz mi to wszystko. z resztą, już chyba zaczynasz, inaczej nie porozmawiałbyś ze mną tak szczerze jak to zrobiłeś tydzień temu, prawda? chcę Twojego szczęścia bo nadal jesteś dla mnie strasznie ważną osobą, byłeś wręcz najważniejszą przez ponad trzy lata mojego życia, a zawdzięczam Ci tyle, że nie wiem czy bym się pozbierała w tym wszystkim co się działo. wiesz po co to piszę? bo chciałabym, żeby to było definitywne i ostateczne pożegnanie z rozdziałem, jakim był ten związek. chcę, żebyś uczestniczył w moim życiu i nadal w nim był, mówiłam Ci o tym z resztą, jednakże decyzję pozostawiam Tobie. wiem, że nie będzie łatwo. śnisz mi się czasami i ciężko zapomnieć o tym, że czuję ogromne wyrzuty sumienia. z czasem chyba minie, prawda? czas leczy rany. tak mówią, rzekomo mądrzy ludzie. cholernie chcę, żebyś był szczęśliwy i mam nadzieję, że dasz sobie radę poukładać wszystko tak, jak chciałbyś żeby wyglądało w Twojej wizji przyszłości.
pamiętasz jak Ci mówiłam, że zasługujesz na szczerość, stąd ta rozmowa? cieszę się, że potraktowałeś mnie tak samo podczas drugiego spotkania. nawet jeśli usłyszałam tyle razy, że jestem skończoną egoistką. niestety, jak zwykle, muszę Ci przyznać rację. jestem, byłam i, prawdopodobnie, będę.
tyle jeszcze w tym temacie mogłabym powiedzieć, napisać. ale tak naprawdę to chyba nie chcę. ten blog zamienił się w coś, co jest przy okazji, a nie jest jedynym miejscem do zebrania myśli, jak bywało wcześniej. tym razem bliscy mnie nie zawiedli i byli przy mnie. lepiej trafić nie mogłam. mogłam z nimi porozmawiać, spotkać się i pomilczeć.
dzięki Emre :)
chciałam napisać co u mnie, ale jakoś podeszłam do tego zbyt intymnie i personalnie.
dokończę myśli innym razem, bo chyba wolę się skupić na razie na tej jednej.
czerwcu,
bądź lepszy.

wtorek, 10 stycznia 2017

#081. to ja miałam bloga?

nie spodziewałam się, że kiedykolwiek odpuszczę pisanie tego bloga tak mocno, jak zrobiłam to w ostatnim czasie. ślad po mnie pojawił się w sierpniu po czym zaginął aż do... tak, mamy styczeń. nie mam nawet pojęcia jak to szybko minęło - sądziłam, że napisałam jakoś niedawno i w najbliższym czasie znowu coś stworzę. jak widać cierpię na brak jakiejkolwiek orientacji w czasie i przestrzeni.
we wrześniu zaczęłam klasę maturalną. mimo infekcji, które zaciągnęły mnie aż do szpitala, staram się jakoś przerobić materiał edukacyjny. jak wyjdzie - to się okaże. mamy wtorek, 10 stycznia, godzina 0:37. wstaję za około pięć godzin (nadal nie zdarzył się cud, który pozbawiłby mnie mukowiscydozy, trzeba się zrehabilitować). dlaczego tak wcześnie, skoro plan zajęć układam na późniejsze godziny, aby nie wstawać w takich ciemnościach? jestem w czarnej dupie trakcie pisania próbnych egzaminów maturalnych. wczoraj był język polski - podstawa i rozszerzenie. nie mogłam na krześle usiedzieć, odpadała mi ręka, wypisałam długopis robiąc interpretację porównawczą Staffa i Norwida na pięć stron a4, po czym doszłam do wniosku, że jestem debilem i nie zdam matury. ot, klasyczne problemy każdego maturzysty. za wcześniej wspomniane parę godzin czeka mnie podstawa z matmy - umrę. chciałabym trumnę pasującą do studniówkowej sukienki (możecie mnie w niej pochować, jest piękna).
a tak na poważnie, nie spodziewam się cudów i być może nawet nie będę miała 30% (oblałabym wtedy), ale do matury właściwej jakoś ogarnę. jutro angielski, też podstawa i rozszerzenie. wychodzę z założenia, że nie ma się co za wiele uczyć, bo jest to forma sprawdzenia siebie. w czwartek rozszerzenie z geografii i byle do piątku, kiedy to będę tańcować w mojej cudnej kiecce, najdroższych szpilkach jakie tylko mogłam kupić, z chłopakiem nieumiejętnie dobierającym kolor krawatu pod moją kreację (też Cię kocham, mendo), na balu maturalnym. OMG, to już?
w dodatku w marcu mam mieć DZIEWIĘTNAŚCIE LAT. ktoś się pomylił, czy coś? to moje ostatnie naście, a czuję się nadal na słit sikstin.

we ferie prawdopodobnie zrobię największą wyprawę samochodową życia - pojadę do Ulci.
aaaaa, co do prowadzenia samochodu... pierwszy mandat zaliczony! zastawiłam bramę. stówka i punkt karny. jestem beznadziejna.

nie wiem jaki jest sens w robieniu postanowień noworocznych. chcę przytyć, jak z resztą całe życie. będę się dużo uśmiechać i spełniać marzenia.

we wrześniu (albo październiku?) dokonałam życiowej inwestycji - kupiłam sobie smartfona za WŁASNE oszczędności. Xiaomi Mi5s będzie tym niezapomnianym, wspominanym z uśmiechem na ustach. nagrywa w 4K, a ja ostatnio potrzebuję kasy, bo szlag mnie trafia, że nie mogę regularnie, jak wcześniej, wpłacać pieniędzy na konto oszczędnościowe. w związku z tym, myślę o karierze jutuberki... ogłaszam to również za najśmieszniejszy tekst roku 2017!

jest 0:50, a mi trochę lepiej, że coś tu napisałam. jest to kompletny nieład i nic nie wnoszące pisanie, może trochę dla zasady, ale jednak fajnie, że to zrobiłam :D

do następnego!
Goga

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

#080. jestem tylko nastolatką...

czasami naprawdę zastanawiam się, czy ktokolwiek bierze to pod uwagę. jestem nastolatką, mimo choroby, trochę wrażliwszą, ale najzwyczajniejszą na świecie. sezon letni jest o tyle fajny, że mogę bez większego zagrożenia chodzić na imprezy, spotykać się z ludźmi i funkcjonować prawie normalnie. oczywiście takie wyjście na kolejną z rzędu osiemnastkę wymaga wielu godzin konkretnych przygotowań - muszę wstać wcześnie, zrehabilitować się, przełożyć godziny inhalacji, ułożyć sobie harmonogram posiłków tak, żeby być w stanie wziąć leki i jeszcze przed zabawą zrobić kolejną rehabilitację, wieczorną. nigdy nie odpuściłam, nie brałam nawet takiej opcji pod uwagę. jeśli proponowano mi wyjście gdziekolwiek bez wcześniejszego uprzedzenia - nie szłam, bądź szłam na krótko, aby rehabilitację wykonać jak najbardziej poprawnie...
wczoraj właśnie była jedna z takich imprez osiemnastkowych. jako, że odbywała się w mieście oddalonym o ponad 30km, zlądowałam w domu po trzeciej. wypiłam kilka kieliszków, żeby móc się rozluźnić i skupić na dzikich tańcach. niewiele, bo nie chcę dawać wycisku wątrobie. mój chłopak w konkursie wygrał pół litra całkiem dobrej wódki. wróciliśmy, starając się nie hałasować, aby nie zbudzić rodziców. następnego dnia mieliśmy iść na koncert odbywający się na rynku. zależało mi, bo grało Lao Che. no, ale do rzeczy.
po osiemnastce wstaliśmy dosyć późno. udało nam się w miarę wyszykować i udaliśmy się na rynek. stwierdziłam, że zrobię rehabilitację po koncercie, bo kończy się o 22, a ja nie zmieściłabym wyjątkowo obu w ciągu mojego krótkiego dnia. fajnie było, byłam punkt 22 w domu. podczas pierwszej inhalacji zaczęło mnie coś boleć w klatce piersiowej. przypominało to ból, który miałam w ubiegłym roku, wtedy gdy wylądowałam w szpitalu na tyle czasu. powiedziałam o tym mamie. niestety przy rozmowie był również mój ojciec... dowiedziałam się jaka to ja jestem nieodpowiedzialna, że zaniedbuję rehabilitację, że szlajam się po imprezach do późnej nocy, chleję i jeszcze wracam z wódką. mówił też, że przeze mnie nigdzie nie pojedziemy, (planujemy wyjazd do Francji) "nawet do jebanego Trzemeszna". potem słyszałam też parę innych rzeczy, kiedy kłócił się z mamą. szkoda słów.
mama stanęła w mojej obronie, ale w sumie sama taka święta nie jest, bo NOTORYCZNIE słyszę od niej podobne stwierdzenia. że się zaniedbuję, że kaszlę na własne życzenie. albo np., że mam rehabilitację kompletnie w dupie. szczerze powiem, że nawet mi się nie chce wymieniać tego wszystkiego co to ona mi mówiła.
aktualnie wzięłam tabletkę przeciwbólową i mi minęło. zobaczymy jak będzie jutro. a jakbym miała się ustosunkować do tego, co słyszę na własny temat, to napiszę jedno: jest mi cholernie smutno, że właśni rodzice potrafią zarzucać mi coś tak okropnego, podczas gdy sami nie wiedzą, jak to wszystko wygląda od podszewki. ojciec tymbardziej... złapałam doła na cały wieczór, ale jakoś Bartek mnie pocieszył i trochę mi lepiej.
prawda jest taka, że lato to jedyna pora roku, w której mogę trochę zapomnieć o chorobie, poczuć się normalnie i nadrobić zaległości towarzyskie z reszty roku. dlatego tak często ostatnio wychodzę, tak tego łaknę i bronię...
*sad*
:c

piątek, 19 sierpnia 2016

#079. serce-sercu

coraz częściej wchodząc na bloga mam wrażenie, że nie należy do mnie. powoli staje mi się obcy, ze względu na to, ile się tutaj udzielam. sama nie wiem, czy powinnam to zmienić. pisać więcej, przestać pisać w ogóle? z pewnością jest to temat, który wymaga gruntownego rozważenia.
mam dla Was trochę wiadomości. po pierwsze, udało mi się zdać prawo jazdy. za drugim razem teorię, również za drugim razem praktykę. wszystko przez to, że zjadł mnie stres. ale, co moje to moje. jestem z siebie dumna.
po drugie, zrobiłam sobie pierwszy tatuaż. wymarzony, spełnienie mojego małego marzenia.
po trzecie, w czerwcu po raz pierwszy udało mi się zostać wolontariuszką. co prawda nie wośpu, jak to mi się wstępnie marzyło. była to sprawa, mam wrażenie, trochę bliższa mojemu sercu. zbierałam pieniążki dla chorej na glejaka mózgu Marty. kochana, sześcioletnia dziewczynka, notabene mieszkanka Gniezna. mimo średniego samopoczucia i upału udało mi się chodzić z puszką przez parę godzin. dzięki temu, wraz z innymi wolontariuszami udało się uzbierać potrzebne pieniądze dla Marty. mogła odbyć się operacja w Stanach Zjednoczonych. niestety Martusia zmarła kilka dni po zabiegu. glejak w jej mózgu wzrósł trzykrotnie i uniemożliwił dalsze funkcjonowanie. nie wiem czy czyjakolwiek śmierć zostawiła w moim sercu taki żal. na mojej tablicy korkowej przy biurku wisi cały czas identyfikator wolontariusza, z uśmiechniętą dziewczynką, aniołkiem i napisem "serce-sercu" obok. mam tylko nadzieję, że teraz już nie cierpi...
po czwarte, to nie był jedyny raz, gdzie mogłam pomóc innym. włączyłam się do gnieźnieńskiego stowarzyszenia młodych ludzi, którzy organizują w mieście różne eventy. dzięki temu, zorganizowaliśmy drugą edycję muzykozy (zeszłoroczna była na mnie) - czyli trzy dni przepełnione muzycznymi koncertami. zbieraliśmy na zbudowanie nowego budynku kliniki onkologicznej dla dzieci w Poznaniu. co więcej, przez cały czas trwania festiwalu uzbieraliśmy aż 3100zł! Panie z fundacji Dzieciaki Chojraki, które zajmowały się dokumentami i dowiezieniem pieniędzy były w szoku. myślały, że Gniezno zbierze około tysiąca, nie więcej. duma mnie rozpierała przez kolejny tydzień, poważnie.
i cały czas wierzę, że dobro wraca.
po piąte, miałam fajne wakacje, które już zbliżają się ku końcowi. byłam z B. nad morzem na 10 dni, wcześniej jeszcze u jego cioci na trochę... w sierpniu oboje pracujemy, a we wrześniu jadę jeszcze do Francji. niesamowicie się cieszę, bo nigdy nie wyściubiałam nosa poza nasz kraj praktycznie... poza tym sporo imprez i spotkań ze znajomymi, a auto daje mi samodzielność. zdecydowanie to jedne z najlepszych wakacji ever :)
a po szóste, już nie tak wesoło... spirometria mi się ma kiepsko - 48%, wagę ciężko ruszyć po ostatniej infekcji. chociaż dobrze, że nie spadła jakoś drastycznie w dół - nadal mam 41kg.
co jeszcze mogę powiedzieć? jest okej!

niedziela, 17 kwietnia 2016

#078. miłość cierpliwa jest, łaskawa jest

"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. 
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. 
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał. 
Miłość cierpliwa jest, 
łaskawa jest. 
Miłość nie zazdrości, 
nie szuka poklasku, 
nie unosi się pychą; 
nie dopuszcza się bezwstydu, 
nie szuka swego, 
nie unosi się gniewem, 
nie pamięta złego; 
nie cieszy się z niesprawiedliwości, 
lecz współweseli się z prawdą. 
Wszystko znosi, 
wszystkiemu wierzy, 
we wszystkim pokłada nadzieję, 
wszystko przetrzyma."
Biblia, List Do Koryntian

na nowej drodze życia, mojej kuzynce Dominice i jej Mężowi - wszystkiego najlepszego.

a Tobie dziękuje za 783 dni szczęścia i wsparcie, jakie w Tobie mam.

P.S. mam już 41,5kg!