środa, 7 lutego 2018

#084. hey-ho! what's up?; PEG

wiecie co? bardzo dużo się zmieniło. ale zdecydowanie na lepsze.

J E S T E M  S Z C Z Ę Ś L I W A :)

pierwsze primo - mam tatuaż, o którym ostatnio wspominałam. feniks nazywa się Stefan i jest wprost proporcjonalnie super do ilości piórek, które posiada. a ma ich dużo, nadal nie zaczęłam liczyć.

drugie primo - studiuję! jak normalna dziewuszka w moim wieku! fakt faktem zaocznie, nie można mieć wszystkiego, ale i tak się cieszę. te weekendy pełne zajęć od godzin porannych do późnych godzin wieczornych to katorga, ale jednocześnie się cieszę. spędzam czas z ludźmi tak, jak zawsze chciałam. mimo, że mam trochę problemów z samotnością.. zawsze miałam się za osobę otwartą, która znajomości zawiera wręcz z łatwością. cóż, albo społeczeństwo słupskie mnie przerasta, albo się myliłam i wcale nie jestem taką osobą.

trzecie primo - wyprowadziłam się z domu! to jest chyba najistotniejsze w tym wszystkim, taka podstawa całej reszty. mieszkam z Kubą w małej kawalerce na Górnej. spoczywają na mnie obowiązki pani domu, hehe. już z góry mogę powiedzieć, że jestem chujowa :D ale generalnie to mnie to cieszy. daje mi to poczucie odpowiedzialności za samą siebie, funkcjonuje mi się trudniej, lecz znacznie lepiej. rodzice dają mi pieniądze na życie i mieszkanie. dostajemy też dużo słoików po pobycie w Gnieźnie, więc jakoś to wszystko idzie.

czwarte primo - czyli kilka błahostek przed wejściem w poważniejszy temat. nie pojechałam na woodstock, w tym roku pewnie też się nie uda. ale w końcu musi, zobaczycie. zdałam pierwszą swoją sesję na studiach w terminie zerowym. będę starała się o stypendium! no i nie poznałam Rafała, ale mam z nim cały czas dobry kontakt. za to Arek się na mnie wypiął. ale cóż, jakby spojrzeć prawdzie w oczy, to mogłam się tego spodziewać. moi rodzice wreszcie wybudowali dom i wyprowadzili się z tej klatki (jak to oni nazywają) na Roosevelta. no ale spójrzmy prawdzie w oczy, ja się z Kubą cisnę na 27m2 i czasami jest trudno, co dopiero czteroosobowa rodzina na 38m2... dom w Pawłowie jest wielki i śliczny. rodzice wprowadzili się przed świętami, więc wigilia była tam. zmieściliśmy ponad 16 osób!

no i teraz temat obszerniejszy - moje zdrówko. spirometria miała swoje wzloty i upadki, ale w sumie trzyma się okej. zaczęłam od niedawna chodzić na siłownię i znalazłam w sobie ukryte pokłady motywacji. a waga? no i właśnie tu pojawia się ten poważny temat.
wiecie co to PEG? to przezskórna endoskopowa gastrostomia, czyli dziurka w żołądka mająca funkcję dokarmiania. głównie przez noc, u osób starszych to jedyna forma żywienia.

no i...
lekarz postawił przysłowiową kawę na ławę - powiedział, że albo będę się dalej tak męczyć wmuszając w siebie kalorie, a potem chudnąc przy pierwszej chorobie, albo pomoże mi się w sposób sztuczny. i tutaj narodził się we mnie niepokój, ponieważ odkąd wykształciłam w sobie jako taką świadomość, nie przyjmowałam do wiadomości, aby maszyny miały mi pomagać żyć. pisałam z resztą tutaj na blogu, w jednym z początkowych postów. a tutaj miałyby się pojawić kroplówki, kabelki i specjalistyczna pompa? co więcej - dziura w brzuchu, kolejna blizna... walka o kilogramy była męczarnią. miałam problemy z apetytem, musiałam się zmuszać do jedzenia, w dodatku patrząc w lustro widziałam wystające kości... ale nie do końca byłam gotowa na patrzenie na siebie z jakimś dziwnym czymś wystającym z brzucha. już wolałam te kości. kiedy dochodziła jeszcze do mnie myśl, że miałabym się rozebrać przed własnym chłopakiem i pokazać mu się nago? do tej decyzji, która miałaby sprawić, że czułabym się lepiej fizycznie i psychicznie ze samą sobą (dzięki dodatkowym kilogramom) musiałam dojrzeć przez kilka miesięcy. dyskomfort był tak silny, że powodował u mnie rozpacz. potrafiłam płakać pół dnia, bo wiedziałam, że to jest dla mnie dobre, że to dużo ułatwi i pomoże. z drugiej strony było to zbyt sprzeczne z moją niechęcią do
wspomagania swojego funkcjonowania. no i ten wygląd... podjęłam próbę ostateczną, żeby przytyć samodzielnie. ale oczywiście mi się nie udało. nie przybrałam tyle, ile potrzebowałam. poza tym, złapałam jakąś infekcję i znowu schudłam. masakra jakaś :(
po długiej walce ze samą sobą odkryłam, jak istotne jest to dla mojego ciała i przebiegu choroby. cały czas płakałam, rozpaczałam. ale wyjaśniłam sobie, że to dobre, lepsze i pomoże. doszłam do wniosku, że lekarz miał słuszność w zasugerowaniu mi tego kroku. z resztą on nie był pierwszy, PEGa proponowano mi od lat, ale jakoś zawsze dałam radę od tego uciec. mimo, że nadal nie do końca zgadzałam się na PEGa, bo nie był on zgodny z moim przekonaniem, po paru długich miesiącach poddałam się...
umówiłam termin w szpitalu na listopad. tydzień przed zabiegiem był okropny, bo rozpacz sięgnęła zenitu. w szpitalu też z resztą płakałam... po zabiegu uparcie i na siłę szukałam zalet, próbując zignorować fakt, że mój brzuch nie wygląda całkowicie normalnie przez posiadanego PEGa. minimalizowałam wady i usprawiedliwiałam go jak tylko mogłam. moje myśli wypełniały tylko obrazy osób, które pokazują swoją sylwetkę przed i po terapii. "to mi pomogło i nie cofnęłabym tej decyzji" - odbijało mi się echem po głowie. ale nie chciałam na siebie patrzeć. to było zbyt wymagające... aktualnie mijają prawie cztery miesiące od zabiegu. wiem, że podjęłam dla siebie dobrą decyzję. ważę się około dwa razy w tygodniu, aby jeszcze udowodnić sobie dobro PEGa. każdą wagę zapisuję i notuję, natomiast raz w miesiącu mierzę obwód swojej sylwetki. i co? *zagląda w skrupulatne notatki* na początku listopada zaczęłam z wagą 36,7kg... przytyłam trochę, ale do PEGa wdało się zakażenie, więc w mikołajki moja waga była identyczna z początkową. chciałam się poddać, cierpiałam. ból był okropny, dostawałam dożylną morfinę. ale wiecie co? warto było. dzisiejszego dnia mam 40,5kg! miałam po drodze parę infekcji, straciłam apetyt, ale dałam sobie z tym radę! mam znacznie więcej siły w sobie, po prostu chce mi się! a mój brzuch wygląda jak wygląda... pojawiło się na nim trochę tłuszczyku :) nie cofnęłabym tej decyzji.

kolejna sprawa, a raczej sukces. w poniedziałek w ubiegłym tygodniu byłam w szpitalu. spirometria jest ok, przez tego PEGa było z nią trochę problemów, ale wracam na właściwie tory. z wagi lekarz był dumny. dodatkowo, zostało mi zaproponowane trochę nowych leków, o których może napiszę innym razem. szansę na zdrowe i normalne funkcjonowanie są coraz większe.
abstrachując, tak mi się nie chce - bo czasem naprawdę mi się nie chce. chociaż coraz rzadziej, za dużo mam energii...

lekarz powiedział, że niewiele mi brakuje do osiągnięcia pewnego celu. który będzie zdecydowanie najtrudniejszym achievementem mojego życia. ale Kuba mi w nim pomoże, w końcu ta trudność chcąc nie chcąc w połowie przejdzie na niego ;)...

ale napiszę o tym innym razem, starczy już tych nowinek.
napisałabym, że postaram się pisać częściej, ale po co się powtarzać? wyjdzie jak wyjdzie...

piątek, 14 lipca 2017

#083. ...i leżę, jak zwierzę

sama prowadzę się
jak chcę
gdzie chcę

Pan nie jest moim pasterzem - Maria Peszek (album: Jezus Maria Peszek)

czuję wolność, 
niesłychaną, 
niekomfortową,
dziwną,
niespodziewaną.
taką, jakiej się nie spodziewałam. 
znowu siedzę tu, w mieszkaniu Kuby i chłopaków, w Słupsku. przy tym samym stoliku, na tym samym krześle gdzie ostatnio, patrząc na panoramę miasta ukazującą się zza okna. siedzę i nic nie robię, odpoczywam. bo było mi to cholernie potrzebne. pozwalam sobie i leżę, jak zwierzę. 
napisałam maturę. ba, zdałam ją. oczywiście z wyników nie jestem zadowolona, pozwolę je sobie tutaj zamieścić na wieczną pamiątkę.
Jagoda (...) zdała egzamin maturalny i uzyskała
z przedmiotów obowiązkowych w części ustnej egzaminu:
język polski 78%
język angielski 97%
w części pisemnej egzaminu na poziomie podstawowym:
język polski 69% wynik taki sam lub niższy uzyskało 78% zdających
język angielski 96% wynik taki sam lub niższy uzyskało 84% zdających
matematyka 50% wynik taki sam lub niższy uzyskało 49% zdających
z przedmiotu dodatkowego w części pisemnej egzaminu na poziomie rozszerzonym:
język polski 48% wynik taki sam lub niższy uzyskało 45% zdających
język angielski 70% wynik taki sam lub niższy uzyskało 70% zdających
geografia 25% (WTF) wynik taki sam lub niższy uzyskało 49% zdających

złożyłam papiery na Akademię Pomorską w Słupsku. mam wrażenie, że będę tutaj zdrowsza, szczęśliwsza i spokojniejsza. 
poza tym po raz pierwszy od dawien dawna czuję się panią swojego losu, tak totalnie. to moje decyzje, moja przyszłość, to co zrobię odbije się na moim ewentualnym zdrowiu i sukcesach czy porażkach. to ja decyduję za siebie, aż ciężko w to uwierzyć. 
to przez tę dorosłość. wyprowadzka, studia, samodzielne życie. mam wrażenie, że trochę zderzam się z olbrzymią ścianą, która stoi gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. w końcu jak w nią przypierdolę to zaboli. ale dopóty, dopóki nie boli, będę z tego korzystać. postaram się, chciałabym.

moje zdrowie ma się całkiem okej. jestem na sterydach, utyłam. znowu patrzę w lustro i widzę spuchniętą twarz... ale to niedługo minie. nie miałam znacznej, większej infekcji od jakiegoś czasu i gdyby nie ograniczenie spowodowane z czterdziestoośmio procentowym współczynnikiem na wynikach mojej spirometrii, prawdopodobnie czułabym się jak ryba w wodzie, jak zdrowy człowiek.

muszę nabrać trochę dystansu i potrzebuję na to sporo czasu. chciałabym spojrzeć w ostatnie miesiące z radością, a nie mogę, bo były przerażające. zdecydowanie był to najcięższy okres z możliwych. jeden z wielu, bo pewnie teraz wyolbrzymiam, starając się nie dopuszczać do pamięci tych chwil, kiedy było naprawdę źle, aby nie psuć swojej aureoli radości i lekkości.

kupiłam sobie hulajnogę, na której patatajam po mieście. czuję się jak dziecko. zaraz po jej zakupie byłam w KFC i zamówiłam sobie zestaw dziecięcy, tylko dlatego, że spodobała mi się zabawka, którą dają w gratisie. jakie to piękne! dodatkowo, w te lato stawiam na poszukiwanie swojego imejdżu, takiego, z którym czułabym się radośnie, a moja dusza i serce byłyby odzwierciedlone najbardziej wiernie, jak to tylko możliwe. moje włosy były już różowe, potem się zmyły i zrobiły się niebieskie. teraz ponownie się zmywają i wyglądają turkusowo, ale na intensywny turkus muszę poczekać, żeby trochę odsapnęły. parę dni dosłownie. kolorowa dusza, kolorowe włosy, brzmi nieźle, co?
ostatnio pierwszy raz w życiu widziałam wschód słońca. z tatą i emre. było zabawnie, a widoki powalały.
we wrześniu, prawdopodobnie, o ile wszystko pójdzie po mojej myśli - wydziaram się. zrobię wreszcie upragnionego feniksa na udzie. ale wszystko rozjaśni się w sierpniu kiedy będę się zapisywać. jestem prze-radosna. dodatkowo, w tym roku pojadę na chwilę na woodstock. czaicie? marzyłam o tym latami, a marzenie ma się teraz spełnić!
poza tym, to lato to lato poznawania swoich internetowych znajomych. widziałam się z Ulą, zobaczę się z nią ponownie. poznałam Karolinę, która, notabene, mieszka w okolicach Słupska. pewnie poznam też Rafała, na woodzie. ah, no i Arka. jakież to fenomenalne uczucie! ciepełko w moim serduszku grzeje i napawa mnie uczuciem w stylu: jestem hipisem, kocham wszystkich, kocham ludzi, świat, przyrodę. jest cudnie.
no bo jest, tylko dlaczego do cholery dystansuję tę radość tak mocno? przecież powinnam się w to zagłębić, utonąć w tym jak w oceanie. chyba boję się rozczarowania...

P.S. myślę o zrobieniu sobie warkoczyków. następnie zamienię je na dredy. robię nowe tatuaże, może kolczyk też jakiś zrobię. już z resztą zrobiłam, podwójny - chciałam go od paru lat ale użytkowanie kamizelki mi zabraniało. a teraz umiem rehabilitację zrobić tak, że ostatnio spakowałam się w plecak. jadąc do Wrocławia. w plecak. aż się uśmiecham jak o tym myślę!
nikt mi nic nie zabrania. bo to ja decyduję o sobie.

czwartek, 8 czerwca 2017

#082. niespełna trzy i pół roku

tak w sumie to jestem ciekawa czy kiedykolwiek uda mi się dobić setnego posta na tym blogu, no i w ogóle czy będzie to jeszcze przed trzydziestką. o ile dożyję.
maj był intensywny, niesamowicie. nie mowa tu o takiej intensywności jaką lubię, czyli mienie gdzie wpakować ręce, żeby zabić myśli i wolny czas. był to okres maturalny. do wszystkich egzaminów przystąpiłam z identycznymi prawami jak każdy normalny uczeń. nie starałam się o wydłużony czas, nie pisałam ich w domu i nie miałam zezwoleń na wniesienie inhalatora. stwierdziłam, że jeśli choroba mi przeszkodzi w napisaniu ich w sposób poprawny, to chyba nie było mi dane tego zrobić. po czasie dochodzę do wniosku, że zrobiłam dobrze. dało mi to poczucie pewnej satysfakcji i bezpieczeństwa, czuję, że mogę żyć tak, jak żyją moi rówieśnicy. miejmy jeszcze tylko nadzieję w tym wszystkim, że zdałam każdy jeden egzamin, a z rozszerzeń będę zadowolona... w stopniu umiarkowanym na przykład :D ale na to muszę poczekać do końca czerwca, dopiero wtedy przekonam się jakie są wyniki i z pewnością opublikuję to na blogu, aby móc do nich wrócić za parę lat.
jak już mówiłam, a raczej, pisałam, maj był intensywny. działo się naprawdę dużo. co jest najważniejsze - rozstałam się z B. byliśmy razem trzy lata i trzy miesiące. była to decyzja do której przygotowywałam się tak naprawdę od tygodni. w naszym związku wypaliła się ta iskra, która dawała całości napęd. przestałam czuć się szczęśliwa, kochana, najważniejsza. coś się po prostu zepsuło. nie zdawałam sobie nigdy sprawy, że mogę znaleźć się w tak trudnej sytuacji. nie spodziewałam się wewnętrznego bólu i ran, jakie zadałam sobie i jemu podczas naszej ostatniej rozmowy jako pary. najciężej będzie mi sobie poradzić z faktem, że mimo wszystko go zraniłam. ale zrobiłam to w dużej mierze dla siebie, żeby przestać tłamsić się negatywnymi emocjami związanymi ze związkiem... czekałam do ostatnich egzaminów maturalnych, chociaż zjadało mnie to od środka od ich [egzaminów] początku. to, czyli problem w jakim się znalazłam i cała ta relacja, która zdecydowanie nie wyglądała jak relacja dwojga kochających się osób. wiem, że to czytasz. doskonale zdaję sobie z tego sprawę. jeśli nie w czerwcu, kiedy to publikuję, to na pewno prędzej czy później i tak to zrobisz. a nawet jeśli nie, to trudno. mam nadzieję, że mimo całej sytuacji jaka zaszła wybaczysz mi to wszystko. z resztą, już chyba zaczynasz, inaczej nie porozmawiałbyś ze mną tak szczerze jak to zrobiłeś tydzień temu, prawda? chcę Twojego szczęścia bo nadal jesteś dla mnie strasznie ważną osobą, byłeś wręcz najważniejszą przez ponad trzy lata mojego życia, a zawdzięczam Ci tyle, że nie wiem czy bym się pozbierała w tym wszystkim co się działo. wiesz po co to piszę? bo chciałabym, żeby to było definitywne i ostateczne pożegnanie z rozdziałem, jakim był ten związek. chcę, żebyś uczestniczył w moim życiu i nadal w nim był, mówiłam Ci o tym z resztą, jednakże decyzję pozostawiam Tobie. wiem, że nie będzie łatwo. śnisz mi się czasami i ciężko zapomnieć o tym, że czuję ogromne wyrzuty sumienia. z czasem chyba minie, prawda? czas leczy rany. tak mówią, rzekomo mądrzy ludzie. cholernie chcę, żebyś był szczęśliwy i mam nadzieję, że dasz sobie radę poukładać wszystko tak, jak chciałbyś żeby wyglądało w Twojej wizji przyszłości.
pamiętasz jak Ci mówiłam, że zasługujesz na szczerość, stąd ta rozmowa? cieszę się, że potraktowałeś mnie tak samo podczas drugiego spotkania. nawet jeśli usłyszałam tyle razy, że jestem skończoną egoistką. niestety, jak zwykle, muszę Ci przyznać rację. jestem, byłam i, prawdopodobnie, będę.
tyle jeszcze w tym temacie mogłabym powiedzieć, napisać. ale tak naprawdę to chyba nie chcę. ten blog zamienił się w coś, co jest przy okazji, a nie jest jedynym miejscem do zebrania myśli, jak bywało wcześniej. tym razem bliscy mnie nie zawiedli i byli przy mnie. lepiej trafić nie mogłam. mogłam z nimi porozmawiać, spotkać się i pomilczeć.
dzięki Emre :)
chciałam napisać co u mnie, ale jakoś podeszłam do tego zbyt intymnie i personalnie.
dokończę myśli innym razem, bo chyba wolę się skupić na razie na tej jednej.
czerwcu,
bądź lepszy.

wtorek, 10 stycznia 2017

#081. to ja miałam bloga?

nie spodziewałam się, że kiedykolwiek odpuszczę pisanie tego bloga tak mocno, jak zrobiłam to w ostatnim czasie. ślad po mnie pojawił się w sierpniu po czym zaginął aż do... tak, mamy styczeń. nie mam nawet pojęcia jak to szybko minęło - sądziłam, że napisałam jakoś niedawno i w najbliższym czasie znowu coś stworzę. jak widać cierpię na brak jakiejkolwiek orientacji w czasie i przestrzeni.
we wrześniu zaczęłam klasę maturalną. mimo infekcji, które zaciągnęły mnie aż do szpitala, staram się jakoś przerobić materiał edukacyjny. jak wyjdzie - to się okaże. mamy wtorek, 10 stycznia, godzina 0:37. wstaję za około pięć godzin (nadal nie zdarzył się cud, który pozbawiłby mnie mukowiscydozy, trzeba się zrehabilitować). dlaczego tak wcześnie, skoro plan zajęć układam na późniejsze godziny, aby nie wstawać w takich ciemnościach? jestem w czarnej dupie trakcie pisania próbnych egzaminów maturalnych. wczoraj był język polski - podstawa i rozszerzenie. nie mogłam na krześle usiedzieć, odpadała mi ręka, wypisałam długopis robiąc interpretację porównawczą Staffa i Norwida na pięć stron a4, po czym doszłam do wniosku, że jestem debilem i nie zdam matury. ot, klasyczne problemy każdego maturzysty. za wcześniej wspomniane parę godzin czeka mnie podstawa z matmy - umrę. chciałabym trumnę pasującą do studniówkowej sukienki (możecie mnie w niej pochować, jest piękna).
a tak na poważnie, nie spodziewam się cudów i być może nawet nie będę miała 30% (oblałabym wtedy), ale do matury właściwej jakoś ogarnę. jutro angielski, też podstawa i rozszerzenie. wychodzę z założenia, że nie ma się co za wiele uczyć, bo jest to forma sprawdzenia siebie. w czwartek rozszerzenie z geografii i byle do piątku, kiedy to będę tańcować w mojej cudnej kiecce, najdroższych szpilkach jakie tylko mogłam kupić, z chłopakiem nieumiejętnie dobierającym kolor krawatu pod moją kreację (też Cię kocham, mendo), na balu maturalnym. OMG, to już?
w dodatku w marcu mam mieć DZIEWIĘTNAŚCIE LAT. ktoś się pomylił, czy coś? to moje ostatnie naście, a czuję się nadal na słit sikstin.

we ferie prawdopodobnie zrobię największą wyprawę samochodową życia - pojadę do Ulci.
aaaaa, co do prowadzenia samochodu... pierwszy mandat zaliczony! zastawiłam bramę. stówka i punkt karny. jestem beznadziejna.

nie wiem jaki jest sens w robieniu postanowień noworocznych. chcę przytyć, jak z resztą całe życie. będę się dużo uśmiechać i spełniać marzenia.

we wrześniu (albo październiku?) dokonałam życiowej inwestycji - kupiłam sobie smartfona za WŁASNE oszczędności. Xiaomi Mi5s będzie tym niezapomnianym, wspominanym z uśmiechem na ustach. nagrywa w 4K, a ja ostatnio potrzebuję kasy, bo szlag mnie trafia, że nie mogę regularnie, jak wcześniej, wpłacać pieniędzy na konto oszczędnościowe. w związku z tym, myślę o karierze jutuberki... ogłaszam to również za najśmieszniejszy tekst roku 2017!

jest 0:50, a mi trochę lepiej, że coś tu napisałam. jest to kompletny nieład i nic nie wnoszące pisanie, może trochę dla zasady, ale jednak fajnie, że to zrobiłam :D

do następnego!
Goga

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

#080. jestem tylko nastolatką...

czasami naprawdę zastanawiam się, czy ktokolwiek bierze to pod uwagę. jestem nastolatką, mimo choroby, trochę wrażliwszą, ale najzwyczajniejszą na świecie. sezon letni jest o tyle fajny, że mogę bez większego zagrożenia chodzić na imprezy, spotykać się z ludźmi i funkcjonować prawie normalnie. oczywiście takie wyjście na kolejną z rzędu osiemnastkę wymaga wielu godzin konkretnych przygotowań - muszę wstać wcześnie, zrehabilitować się, przełożyć godziny inhalacji, ułożyć sobie harmonogram posiłków tak, żeby być w stanie wziąć leki i jeszcze przed zabawą zrobić kolejną rehabilitację, wieczorną. nigdy nie odpuściłam, nie brałam nawet takiej opcji pod uwagę. jeśli proponowano mi wyjście gdziekolwiek bez wcześniejszego uprzedzenia - nie szłam, bądź szłam na krótko, aby rehabilitację wykonać jak najbardziej poprawnie...
wczoraj właśnie była jedna z takich imprez osiemnastkowych. jako, że odbywała się w mieście oddalonym o ponad 30km, zlądowałam w domu po trzeciej. wypiłam kilka kieliszków, żeby móc się rozluźnić i skupić na dzikich tańcach. niewiele, bo nie chcę dawać wycisku wątrobie. mój chłopak w konkursie wygrał pół litra całkiem dobrej wódki. wróciliśmy, starając się nie hałasować, aby nie zbudzić rodziców. następnego dnia mieliśmy iść na koncert odbywający się na rynku. zależało mi, bo grało Lao Che. no, ale do rzeczy.
po osiemnastce wstaliśmy dosyć późno. udało nam się w miarę wyszykować i udaliśmy się na rynek. stwierdziłam, że zrobię rehabilitację po koncercie, bo kończy się o 22, a ja nie zmieściłabym wyjątkowo obu w ciągu mojego krótkiego dnia. fajnie było, byłam punkt 22 w domu. podczas pierwszej inhalacji zaczęło mnie coś boleć w klatce piersiowej. przypominało to ból, który miałam w ubiegłym roku, wtedy gdy wylądowałam w szpitalu na tyle czasu. powiedziałam o tym mamie. niestety przy rozmowie był również mój ojciec... dowiedziałam się jaka to ja jestem nieodpowiedzialna, że zaniedbuję rehabilitację, że szlajam się po imprezach do późnej nocy, chleję i jeszcze wracam z wódką. mówił też, że przeze mnie nigdzie nie pojedziemy, (planujemy wyjazd do Francji) "nawet do jebanego Trzemeszna". potem słyszałam też parę innych rzeczy, kiedy kłócił się z mamą. szkoda słów.
mama stanęła w mojej obronie, ale w sumie sama taka święta nie jest, bo NOTORYCZNIE słyszę od niej podobne stwierdzenia. że się zaniedbuję, że kaszlę na własne życzenie. albo np., że mam rehabilitację kompletnie w dupie. szczerze powiem, że nawet mi się nie chce wymieniać tego wszystkiego co to ona mi mówiła.
aktualnie wzięłam tabletkę przeciwbólową i mi minęło. zobaczymy jak będzie jutro. a jakbym miała się ustosunkować do tego, co słyszę na własny temat, to napiszę jedno: jest mi cholernie smutno, że właśni rodzice potrafią zarzucać mi coś tak okropnego, podczas gdy sami nie wiedzą, jak to wszystko wygląda od podszewki. ojciec tymbardziej... złapałam doła na cały wieczór, ale jakoś Bartek mnie pocieszył i trochę mi lepiej.
prawda jest taka, że lato to jedyna pora roku, w której mogę trochę zapomnieć o chorobie, poczuć się normalnie i nadrobić zaległości towarzyskie z reszty roku. dlatego tak często ostatnio wychodzę, tak tego łaknę i bronię...
*sad*
:c